„Nauczyciel przyszłości – kto to taki?” to temat panelu dyskusyjnego, który odbył się podczas konferencji Pokazać-Przekazać 2025 w Centrum Nauki Kopernik. Każdy z prelegentów miał pewne spostrzeżenia, które mogą Państwo sami ocenić (poniżej zamieszczamy link do materiału), poddać refleksji. Bo to, że średni wiek nauczyciela w polskiej szkole z roku na rok jest coraz wyższy, to wszyscy wiemy, to, że rządzący wprowadzając kolejne reformy, reformy wprowadzające nasze szkoły „w przyszłość”, nie biorą pod uwagę nauczycieli, to też wiemy. Nauczyciel ma uczyć! Do tego niedługo będzie musiał uczyć tak, by ze szkoły wyszedł taki, a taki absolwent – zgodny oczywiście z profilem opracowanym przez IBE. I teraz radź sobie nauczycielu.
I tu pojawia się pytanie – kim ma być nauczyciel przyszłości? Bohaterem, który bez wsparcia, bez narzędzi i bez prawa głosu wciąż dźwiga na plecach system?
W dyskusji zostało poruszonych kilka, moim zdaniem słusznych wątków, które warto wziąć pod uwagę wprowadzając kolejne zmiany w polskiej szkole.
Podstawy programowe – kaganiec czy drogowskaz?
Jeden z uczestników panelu powiedział dosadnie:
„Żyjemy w pewnym systemie, który nam narzuca pewne ramy, to musimy się zastanowić jak z tych ram wyjść. Moim zdaniem nauczyciel przyszłości, to jest ten, który odkryje w sobie odwagę, by mieć pewne rzeczy w „du..ie” i wtedy dojdzie do wolności. (…) Podstawy programowe skończą się jako pdf do pobrania ze strony IBE i większość z naszych kolegów i koleżanek do nich nie zajrzy.”
Wydaje mi się, że właśnie tej wolności, wolności od podstaw programowych brakuje naszym nauczycielom. Za dużo jest w szkole wymagań, a za mało wolności. Czy potrzebny jest zestaw lektur? Czy nauczyciel nie powinien mieć – wraz z uczniami, prawa wyboru? Czy tematy na egzaminie ósmoklasisty, maturalnym muszą bezpośrednio się do nich odnosić, a nie do problemu? Czy takie przedmioty jak – muzyka, plastyka, w-f – muszą być ujęte w ramy, wymagania?
Moje dzieci miały możliwość uczęszczać jeden rok do amerykańskiej szkoły w Stanach Zjednoczonych. Podstaw programowych tam nie ma i dzięki temu nauczyciel może – może wiele więcej, może na własnych warunkach i to działa. Nie każdy musi grać na cymbałkach, flecie i śpiewać, każdy wybiera, to co lubi i z tym idzie przez świat muzyki. Mój syn wybrał trąbkę – byłam załamana, przecież jak on nie mając nigdy takiego instrumentu w ręku będzie grał. A tu niespodzianka, Po jednej lekcji potrafił zagrać prostą melodię. Bo mógł wybrać, bo uczył się na swoich warunkach. I grał, ćwiczył, razem z innymi, którzy wybierali różne instrumenty – od swojego głosu, przez saksofon, po pianino. To wszystko można było zrobić w szkole, a na koniec zaprezentować rodzicom na przedstawieniu. W tej szkole także okazało się, że potrafi rysować, że można nauczyć 10-letnie dzieci malować zgodnie z proporcjami twarz człowieka, ludzika w ruchu itd. itd. Mogłabym się dzielić takimi spostrzeżeniami i doświadczeniami jeszcze długo, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że nauczyciel nie ma ograniczeń, nie widzi ich i może z dziećmi pracować, tak jak chce. Warto czasem uwierzyć w mądrość nauczycieli i dać im wolną rękę, a wyjdzie z tego wiele dobrego.
Kompetencje miękkie, czyli po prostu ludzkie
Kompetencje miękkie to kolejny temat. Pięknie i trafnie ujął je w dyskusji p. Paweł Lęcki jako kompetencje ludzkie. Dodał, że jedyny kurs, który naprawdę go zmienił, to kurs tutorski. Nauczył go słuchać. I tego nauczycielom brakuje, ale i rodzicom. Nie oszukujmy się. Nie jesteśmy przygotowani emocjonalnie do bycia rodzicem ani też nauczycielem. W naszych czasach wartością była wiedza. Uczyliśmy się, wkuwaliśmy, ale nie otrzymaliśmy kompetencji, jak działać w różnych sytuacjach trudnych, kryzysowych, jak tworzyć relacje, jak mówić o swoich odczuciach, jak budować pewność siebie, także swoich dzieci, itd., itd. Myślę, że nauczyciel przyszłości będzie właśnie potrzebował takich „narzędzi”. Wiedza obecnie jest na wyciągnięcie ręki i nasze dzieci, to wiedzą, natomiast kontakt fizyczny, wysłuchanie, doradzenie, wsparcie – już nie jest. Nauczyciel przyszłości to ten, który potrafi rozmawiać, wspierać, towarzyszyć. To człowiek, który nie boi się relacji i emocji, który będzie uczył dzieci odwagi w realizacji swoich pasji. Moja córka miała szczęście spotkać taką nauczycielkę – piszę, aby nie było tylko źle o polskiej szkole. Kiedy na lekcji dopadł ją kryzys, nauczycielka poświęciła jej czas, rozmawiała, zaangażowała w przedstawienie i pomogła odzyskać wiarę w siebie. Jestem jej za to wdzięczna, co wielokrotnie wyraziłam i cieszę się, że moje dziecko na swojej drodze spotkało takiego nauczyciela, obserwującego, zaangażowanego, słuchającego, wspierającego, który ma czas dla ucznia. I oby wszystkie dzieci miały takie szczęście.
I co dalej?
Wiemy jedno – reformy same z siebie nie stworzą nauczyciela przyszłości. PDF-y, listy lektur i kolejne rozporządzenia – też nie.
To, czego potrzeba, to odwaga.
Odwaga, żeby ufać nauczycielom.
Odwaga, żeby pozwolić im uczyć po swojemu.
Odwaga, żeby uznać, że w centrum edukacji stoi człowiek – a nie arkusz egzaminacyjny.
Bo nauczyciel przyszłości to nie robot od realizowania podstawy programowej. To ktoś, kto ma wolność i narzędzia, by być blisko ucznia i towarzyszyć mu w odkrywaniu świata.
A może zamiast kolejnych debat i reform warto po prostu zapytać dzieci? To one najlepiej wiedzą, jakiego nauczyciela potrzebują.







